Piszę, bo lubię! Piszę, bo lubię! Piszę, bo lubię! Piszę, bo lubię!
wtorek Listopad 21st 2017

BEZ OBCASÓW

Sorry „Wysokie Obcasy”. Jestem na nie.

Tym razem rozczarował mnie wywiad z profesorem Szlendakiem. Rozczarowała mnie treść wywiadu, rozczarowały pytania i jeszcze bardziej odpowiedzi. Rozczarował stosunek redakcji do tematu feminizmu. Rozczarował wybór rozmówcy.

Od kobiety, która przemawia publicznie wymaga się, by każdy swój pogląd potwierdzała stosownym przypisem, w przeciwnym razie – narazi się na posądzenia o nieprofesjonalizm i stronniczość. Pomijam, że nie na każdy temat wolno jej mówić. Na pewno nie powinna zabierać głosu w sprawie feminizmu. Od tego są przecież… mężczyźni?

Okazuje się, że w sprawie feminizmu głos należy się mężczyznom, bo kto, jeśli nie mężczyzna, do tego z tytułem profesora, może swobodnie wygłaszać swoje poglądy; prezentować argumenty niekoniecznie potwierdzone nioskami badawczymi, czy też literaturą, przykładów, choćby z dyskursu, też brak…

Tak właśnie wygląda wywiad z profesorem Szlendakiem w „Wysokich Obcasach Extra”. Redakcja ilustruje artykuł zdjęciem, które bardzo łatwo obśmiać (na zdjęciu dziewczyny z transparentami typu: „Mam cipkę”). Wystarczy raz spojrzeć, by uruchomić całą lawinę seksistowskich i negatywnych skojarzeń z feminizmem (ściślej: z Manifą).

Jednak jest coś więcej, co mi w artykule (bardzo) nie gra.

Dwaj panowie – pan dziennikarz i pan profesor – drwią (bo to zdecydowanie nie jest rozmowa) na temat oderwanych od rzeczywistości feministek z wielkich miast. I tak, dowiaduję się na przykład, że profesor nie tylko wie, jakie postulaty mają szansę „uwieść” kobiety w Polsce (szczególnie kobiety piorące, gotujące i rodzące), ale sam również ”mówi” głosem kobiety i do tego, głosem kobiety – uwaga cytuję – z klasy ludowej!

A więc, jak wnioskuję z wywiadu, w Polsce istnieją dwie klasy kobiet. Są to feministki z wielkich miast oraz kobiety z klasy ludowej. Oczywiście, jak mniemam, tzw. feministki to te złe. Zło i zgorszenie sieją (Manify organizują, na Manify chodzą). A najgorsze są pewnie „akademiczki”. Czemu? Profesor tłumaczy: Teoretyczny, najbardziej akademicki feminizm jest oderwany od polskich realiów.

Ciekawe, czy zdanie o „oderwaniu od polskich realiów” profesor powiedziałby również o pedagogice jako dyscyplinie naukowej, czy (ups!) socjologii?  A może profesorowi zwyczajnie przeszkadza akademicki, teoretyczny feminizm? Może feminizm, ten właśnie teoretyczny, akademicki jest jego zdaniem… zbędny?

Pan profesor nie wie albo też zapomniał, że feminizm to przede wszystkim ruch społeczny. Żadna akademiczka-feministka, nawet ta najbardziej teoretyzująca, nie pozwoli sobie na pomijanie pragmatycznego wymiaru feminizmu, a właściwie feminizmów – bo trudno mówić o feminizmie jako czymś jednolitym, homogenicznym. Ale o tym profesor chyba też zapomniał.

Na koniec jedna drobna uwaga, żadna tam złośliwość: jeśli feminizm – jak twierdzi profesor – jest stronniczy, to nie mniej stronniczy jest  również ten wywiad i sam profesor…

Komentarze czytelników

Jeden komentarz do “BEZ OBCASÓW”

  1. ~Panna U. pisze:

    Mezczyzni probujacy reprezentowac kobiety, to jedne z najsmieszniejsze z ludkow zamieszkujacych ta planete. Ich glebokie przekonanie o swojej wyzszosci, swojej kompetencji, a przede wszystkim o tym jak dobrze rozumieja kobiety jest zalosne. To przeciez oni o wiele lepiej znaja potrzeby szarej kobiety niz jakas tam feministka.
    A gdyby jakas kobieta stwierdzila ”Ha! To ja najlepiej reprezentuje mezczyzn. Rozumiem ich lepiej niz oni sami!” zostala by automatycznie wysmiana.
    Smutny obraz realiow gdzie bialy, heteroseksualny mezczyzna to norma, ktora moze reprezentowac wszystkie rasy, plcie, orientacje seksualne i wyznania.

Komentuj